10 grudnia 2020
Adrian Pakulski

Czy rzeczywiście chcesz tego no-code e-commerce’u?

Pozycjonowanie e-commerce

Początkującym przedsiębiorcom wydaje się wiele rzeczy. Że jak coś przychodzi łatwo, to znaczy, że to dobrze. Że najlepszy biznes to ten, w który nic nie trzeba wkładać, ale można za to dużo wyjąć. Że w kursie o e-commerce online za 199,99 zł, który wyświetlił się na ich wallu na Facebooku – ktoś sprzeda im od tak po prostu – pomysł na biznes. No, marzenia o nim to na pewno.

A mówię o tym, bo na grupach e-commerce’owych, social mediowych pojawiają się dyskusje o trendzie jakim jest no-code e-commerce i jak ten trend ma rozwiązać problemy przedsiębiorców, handlujących online. Jeśli to pojęcie no-code e-commerce niewiele Wam mówi, to z definicji – to podejście, zgodnie z którym właściciel sklepu internetowego nie musi rozumieć choćby jednej linijki kodu, aby prowadzić swój biznes. Brzmi ambitnie. Zamiast bawić się w instalację, supportowanie, dewelopowanie Magento, WooCommerce, Prestashop, CS-Cart’a, ewangeliści no-code’u pracują nad silnikami typu drag&drop, plug&play, a dobrze wiemy, jak wygląda już support samych SaaSów, kiedy przyjdzie zrobić coś bardziej wymagającego, a co dopiero silnik, który jest składową dziesiątek zewnętrznych modułów, z którymi komunikuje się po API. Ja wiem, że fajnie byłoby nie musieć inwestować w UX/UI, SEO, kod, optymalizację, tylko zająć się logistyką, transportem paczek itd., a zdjęcia produktowe brać ze stocka, albo absolutnie wszystko wyoutsource’ować, żeby w tym e-commerce nic nie robić, ale im niższa bariera wejścia na rynek, tym ten rynek jest mniej dojrzały, a podmioty jakie na niego wchodzą – są mniej świadome z czym ten e-commerce tak naprawdę się wiąże. No-code e-commerce to w mojej ocenie – kolejny chwilowy hype, pod który podpinają się osoby, jakie szukają jakichś magicznych dróg na skróty w tymże e-commerce, mając nadzieję, że to ktoś za nich rozwiąże ich problemu. Sądzę, że no-code e-commerce będzie, albo już jest w obszarze zainteresowania przede wszystkim osób, jakie rok, dwa lata temu zdecydowały się na wejście w dropshipping i w tym dropshippingu im nie wyszło. Jeśli coś jest wyjątkowo proste, dostępne dla każdego, to zwyczajowo – powinna się Wam zapalić czerwona lampka. Bo, czy handlowanie na no-code’owej platformie, jaką może być konto na Allegro, AliExpress albo wystawianie koszulek na Cupsellu to jest właśnie Wasz cel biznesowy? To jest to, czym chcielibyście się zajmować przez kolejne lata?

Mówię o tym, bo drop też stanowił zerową barierę wejścia i był biznesem, na którym zarobili tylko early adopterzy, a ostatecznie potem może szkoleniowcy, którzy wkręcali na kursach, jakich to zysków można na tym dropie się dorobić. Kiedy „ulica” zaczęła dostrzegać drop, drop był już w trendzie odwrotnym i dziś w historie o milionach zysku na dropie opowiadane przez szkoleniowców wciśniętych w przyciasne garnitury z AliExpress i niemieszczące się na nadgarstku zegarkach Diesela niewielu dziś wierzy, choć nadal zdarzają się telefony i do nas w sprawie prowadzenia kampanii dla takich sklepów. W ten wtorek miałem rozmowę z właścicielką sklepu z zabawkami, która wydała 1500 zł w Google Ads w formacie PLA i sprzedała w tym formacie 1 pluszowego misia, na którym miała zarobić 15 złotych. Ewidentnie coś jest nie tak. Z rozmowy z nią wynika, że kampanię obsłużyła agencja, więc niemożliwe, żeby konwersja była tak niska. Spojrzałem w stopkę – widzę jeden z popularnych SaaSów w Polsce – pytam, czy ten asortyment jakim handluje to, aby na pewno nie dropshipping zrealizowany przy współpracy z jedną z ogólnodostępnych w ramach tego SaaS’a hurtowni. Właścicielka potwierdziła. Pytam wobec tego o politykę cenową, tj. czy jej produkty, aby na pewno nie są droższe od konkurencji. Musi być jakiś powód, dla którego za 1500 zł sprzedany został tylko 1 miś. Usłyszałem, że takich cen, jak jej konkurencja na Allegro, to ona nie jest w stanie zrobić. Pytam dalej – „Czy klient, który przyjdzie wobec tego do Pani sklepu ma jakieś realne powody, aby kupić ten produkt akurat od Pani? Dlaczego nie miałby kupić go np. na tym Allegro”. Nie potrafiła odpowiedzieć.

Spytałem jeszcze o to, ile kosztował ją cały sklep – odpowiedziała, że 700 zł. I to jest ta cała obietnica milionów na dropshippingu, czyli zerowa wartość dodana dla klienta, wymęczony marginalnymi marżami rynek, bo zasiedziały przez osoby, jakie uwierzyły w obietnice o minimalnym wysiłku i tym, że jak jest COVID, to można sprzedawać wszystko wszystkim.

Takim liderem w kategorii no-code e-commerce w Stanach Zjednoczonych miał stać się Elliot. W końcu na rynku po tylu latach pojawiła się okazja – pojawi się przełomowy no-code CMS dla sklepów, w którym cała praca wokół sprzedaży miała sprowadzać się do przeklikiwania się przez graficzny interfejs, przesuwania okien między sobą, czyli coś jeszcze prostszego w obsłudze niż typowe SaaSy. Właściciel platformy Sergio Villaseñor zapewniał o zerowej barierze wejścia i rewolucji technologicznej na miarę świata. Ale historia platformy nie była jednak usłana różami. Elliot musiał zmierzyć się z niekontrolowanym ujawnieniem części kodu źródłowego platformy, jej API oraz wyciekami danych transakcyjnych, które ostatecznie doprowadziły do upadku spółki i zamknięcia Elliota. Ostatecznie część ówczesnych klientów Elliota uciekło na Shopify, co zresztą stanowiło osobistą porażkę dla zespołu deweloperskiego Elliota. I czar no-code e-commerce’u prysł.

Zasadniczo no-code nie jest wcale jakimś wyjątkowo świeżym nurtem w kontekście dewelopowania całych projektów – bo istnieją przecież no-code’owe generatory stron internetowych, np. Webflow i aplikacje im towarzyszące, które zastępującą tradycyjne bazy danych – w tym np. Airtable, ale jako menadżerowie e-commerce powinniście wiedzieć, że im mniej będziecie w stanie sami customizować, dewelopować, tym trudniej odkleić swój biznes od 1 słusznego supportu, tym trudniej dowieźć klientom indywidualne doświadczenia, tym trudniej zrozumieć u podstaw procesy, jakie realizujecie. No-code e-commerce jest na pewno ciekawym obszarem do eksploatacji dla właścicieli tychże platform, ale czy dla użytkownika samego sklepu, który operuje na tej no-code’owej platformie? Ja myślę, że tego trendu no-code e-commerce nie ma co przyspieszać, bo rynek e-commerce i tak wyjątkowo szybko się konsoliduje, a market place’y w szybkim tempie przejmują rynek, więc i docelowo za 5-10 lat w ogóle nie będziecie musieli kodować, bo i tak będziemy pewnie w większości handlowali na zmonopolizowanych platformach, więc spokojnie, jeszcze wszyscy za tym kodem zapewne zatęsknimy. W roli korporacji jest po prostu wkręcenie całemu rynkowi, że łatwiej handlować produktami w ich platformach i pewnie rzeczywiście – pod względem operacyjnym tak jest, ale im mniej wyróżników rynkowych, tym większą częścią marży musicie się z kimś podzielić.

5
Oceń artykuł
Zamknij

Ocen: Czy rzeczywiście chcesz tego no-code e-commerce’u?

Oceń
Adrian Pakulski
Właściciel / specjalista SEO
Specjalista SEO z 8-letnim doświadczeniem rynkowym, a od 2012 r. właściciel agencji paq-studio, linkbuilder i analityk SEO. Odpowiedzialny za opiekę merytoryczną małych, średnich i dużych marek w wyszukiwarce Google. Absolwent Politechniki Koszalińskiej i Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie na kierunku Marketing Internetowy.

Jakiego artykułu szukasz?

Zamknij